Rejs Sylwestrowy po Wyspach Kanaryjskich – relacja z pokładu

0
1935

Uczestnik  organizowanego przez nas rejsu sylwestrowego po Wyspach Kanaryjskich napisał dla Was bardzo długą relację z rejsu i nie tylko. 22 uczestników powróciło z niego wybawionych i opalonych, przepływając blisko 300 mil morskich w ciągu tygodnia! Zapraszamy do lektury oraz na Cyklady w czasie Wielkanocy – płyniemy w 3 jachty!

Tekst i zdjęcia: Rafał Pniewski

Ruszamy rano z Norwegii

Zaczęło się ciekawie – szybkie spotkanie z Andrzejem na lotnisku w Oslo (Torp) w knajpie O’Leary (polecam!). Siedzieliśmy i patrząc za okno na kołujące samoloty, gadaliśmy o rejsie, na który mieliśmy trafić już za kilka godzin. Ale najpierw – oczekiwanie na samolot Ryanaira, którego jeszcze nie było. Kiedy się pojawił, miał już prawie godzinę opóźnienia. I praktycznie władowaliśmy się na jeszcze ciepłe fotele po poprzednich pasażerach. Co ciekawe – obsługa była niemalże w całości polska, nie licząc pilotów, więc było bardzo miło przy zamawianiu posiłków 😉 Sam lot całkiem całkiem. Momentami troszeczkę potrzęsło, powrzeszczało dzieciarami (znowu mi się trafiło miejsce za jakimś dzieciorem), a w połowie lotu skończyła się woda w toalecie… Jak miło 😉

Po ponad 5 godzinach lotu – zejście do lądowania przy TSF na Teneryfie. Jak zwykle gorące powietrze robi swoje, turbulencje tam to norma. W dodatku odniosłem wrażenie, że pilot albo ćwiczy ostre zakręty niczym w myśliwcu, albo wieża na lotnisku przysnęła. Na lotnisku świńskim truchtem do karuzel po bagaż, szybki odbiór i za chwilę byliśmy na zewnątrz. A tam +20 stopni!. I na co mi polar i sztormiak w rękach? 😉

Po kilku minutach pojawił się „nasz” właściwy autobus 111 jadący do Santa Cruz. Ledwo ruszyliśmy, a ja już byłem przy kierowcy i zamawiałem wysiadkę przy Radazul – co by nie przegapić mariny! Niestety – kierowca bez znajomości angielskiego, tylko hiszpański, „omaszcilos”… Mimo to korzystając ze słownika w smartfonie i mapy udało mi się jakoś wyjaśnić gdzie chcemy wysiąść… Jeszcze tylko na minutę przed przystankiem szybkie sprawdzenie jak jest bagaż i luk bagażowy… CO by nam nie odjechał z naszymi tobołami – to by dopiero była granda 😀 I wysiadka.

Wysiadka – na szczycie nad Radazul. Nie gdzieś „tuż przy” jachcie. Nie, nie. To by było za łatwo mieć przystanek gdzieś na dole. Jacht gdzieś na dole w marinie – a my jeszcze musimy do niej zejść. I to nie kilkanaście, ale dobre kilkaset metrów. Dobrze, że nie musieliśmy wchodzić z tobołami na górę po powrocie, tego by było już nadto 🙂 I nie, droga nie była prosta, wytyczona dróżka przez Wujka Google wiodła przez przez jakieś podwórka, schody, puste ulice, pokręcone serpentyny… Niczym w górach. Ale nad mo…oceanem.

Zajęło nam to kilka dłuższych chwil. I to chwil, kiedy musiałem przekonywać walizkę podróżną, że to ja prowadzę, a nie ona mnie 😉 Ale w końcu stanęliśmy na dole, przy marinie. A więc – gdzie mamy iść? Który to jacht? Pamiętałem nazwę „swojej” łajby, wiedziałem jaki model i czyjego producenta zatem – naprzód przygodo, prowadź dookoła mariny, a nuż usłyszymy polską mowę…

No, niestety nie, polskiej mowy nie usłyszeliśmy – tylko angielską, bo na łajbie mieliśmy Norwegów 😉 Ale trafiliśmy. Szybki załadunek na pokład, wybór kajut i koi i jeszcze szybszy prysznic – i spać. Ale przedtem oczywiście zajrzenie w każdy zakamarek jachtu i… taaak, ten prawdziwy salon w mesie! Tylko telewizora „brakowało”. 5 kabin, 3 łazienki! I ta przestrzeń wszędzie! Jak dla mnie – jacht znacznie lepiej zaprojektowany pod katem przestrzenie w środku niż podobna w długości Bavaria 46 Cruiser, którą płynąłem miesiąc wcześniej.

Rano

Jak już zwlokłem się z koi, wyszedłem do kokpitu – taaaaki piękny dzień! Odpływ spowodował, że nieco opadliśmy, w kokpicie widać było jeszcze resztki nocnej imprezy… A jeden z załogantów zaczynał właśnie dzień puszką piwa. Aha – będzie ciekawy rejsik 😉 Śniadanie zjedliśmy na lądzie w jednej z małych knajpek ulokowanych opodal. Zupełnie tanio – kilka ojro za kanapkę i za soczek pomarańczowy świeżo wyciśnięty z owoców. Cud, miód i malina w gębie!

Po śniadaniu zaczęli przyjeżdżać kolejni załoganci, dolatujący kolejnymi samolotami. O pierwszej był juz prawie komplet. Jeszcze tylko szybkie? zakupy – 3 wielkie pełne wózki z HIPERDINO, których zawartość trafiła gdzieś na pokład jachtu. I to na tyle skutecznie, że butelki z wodą gazowaną znalazły się chyba po 2-3 dniach 😉

Tu oklaski dla naszej ochmistrzyni – Agnieszki – która podołała naszym spec zamówieniom, listom zakupów i podołała rachunkom 🙂

Wreszcie po załadowaniu się, sprawdzeniu przez naszego skippera Pawła całego jachtu – wyruszyliśmy na ocean. Kierunek wiadomy -> La Palma! Ponad 20 godzin żeglugi. Zanosiło się superowo! Aż się przeszedłem na dziób jachtu popatrzeć co tam przed nami i poskakać z jachtem na falach. Było super! Wznoszący się dziób na fali a za chwilę opadnięcie z kilku metrów prosto w dół… I ten żołądek podchodzący do gardła i po chwili wracający w dół… Ale nie, nie damy daniny Neptunowi! Not yet! Nie tym razem Neptun, nie tym razem!

Podekscytowany zszedłem do kokpitu, do kabiny po coś, i kiedy już miałem wychodzić… Otworzyłem szybko drzwi do jednej z toalet. Zdążyłem otworzyć muszlę… I nakarmiłem posłusznie pana Neptuna. Pierwszy – i ostatni raz na tym rejsie. I nabrałem, hmmm, pokory. Więc jednak, Neptun musi pobrać swoje ode mnie. Bywa… (ale to był ten ostatni już raz)

W La Palmie stanęliśmy po południu następnego dnia. W bardzo ładnym i naprawdę nowoczesnej marinie – Santa Cruz De La Palma. Co ciekawe, sama marina jest dosłownie o dwa kroki od… McDonalds, a samo centrum miasta jest tuż tuż obok. Niedługo po wylądowaniu przy pomoście zostaliśmy przegnani na inny a potem na jeszcze inny – a to ze względu na rezerwację, a to ze względu na kurs szkoleniowy odbywający się opodal. Zupełnie jakby dookoła nie było całego mnóstwa innych wolnych miejsc postojowych dla jachtów. Jakby tego było mało, okazało się że nie mamy dostępu do najważniejszej rzeczy jaka jest oczywiście w dzisiejszych czasach – prąd. Dopiero po krótkim śledztwie okazało się, że winę nie ponosi wieżyczka rozdzielcza, ale nasz przedłużacz, który wymagał innego podpięcia.

Po przepięciu wszystkiego – udaliśmy się już gromadnie na stały ląd co by dokonać oględzin i krótkiego zwiedzania miejsca, w którym mieliśmy przeżyć Sylwestra 2017. Bardzo fajne, urocze miejsce – dosyć nowoczesne, dość duża ilość lokali – niestety o tej godzinie zaczynała ona się już zamykać, aby wrócić „do życia” przed północą. My również pospiesznie zmyliśmy się na jacht aby dokonać ostatecznego przygotowania przed oficjalnym powitaniem Nowego Roku. I tu muszę nadmienić, że nasza koleżanka Agnieszka z S/Y Merengue zrobiła się na Bóstwo 😀 [Co jak co, Polska uroda jest the best!]

Opisywać Sylwestra na ulicach Santa Cruz de La Palma jest trudno. Tam po prostu impreza trwała wszędzie. Co skrzyżowanie, co uliczka z barem = tam była impreza. Mała, duża, wielka… Do wyboru – do koloru. Trunki lały się strumieniami! Tłumy ludzi przewijały się z miejsca na miejsce szukając odpowiedniego lokalu, o ile tak można nazwać skrawek ulicy czy chodnika do zabawy 😀 I wszędzie rozbrzmiewała muzyka puszczana jak nie z jakiejś mocarniejszej wieży to przez jakiegoś DJa. A wiedzieli oni co puszczać… Ot, wchodząc do miasta słyszało się znakomite, znane z NFSa… tfu, z Fast & Furious – Danza Kuduro… A z każdym krokiem było coraz głośniej i lepiej, żwawiej 😀 W pewnej chwili na tyle było żwawo na jednej z imprez, że obok nas polała się krew… Cóż, nie tylko Polacy umieją się ostrzej zabawić, na szczęście dla nas bójka przeniosła się do wewnątrz imprezy, a nie w naszym kierunku.

Pół godziny przed Nowym Rokiem udaliśmy się na Plaza de Espana (https://goo.gl/maps/FxyPHPCgA132), skąd właśnie mieliśmy przyjemność obserwować nadejście Nowego Roku 2018. Niestety, Na Wyspach Nowy Rok przyszedł z pewnym kilkuminutowym opóźnieniem, coś im chyba nie wyszło – ale w końcu był! A wraz z nim – nadeszło „Despacito” 😉

A tak w ogóle: https://goo.gl/maps/gAETQbaoakQ2 Tak, te palmy… Wszędzie są palmy! 😀 (a jak palmy to wiadomo, że ciepło, nie? 😉 )

Z imprezy zmyłem się jakoś między 1 a 2 w nocy, postanawiając dokończyć imprezowanie na jachcie. Ot, jakoś tak… I dobrze zrobiłem bo dzięki mojemu pojawieniu się w okolicach mariny, udało nam się uniknąć przechwycenia przez lokalną Policję jednego z naszych załogantów, który wybrał dość niespodziewane miejsce na rytualny, sylwestrowy taniec. Do dziś tego żałuję. Powinienem zostać na lądzie dłużej, albo udawać, że typa nie znam. 😛 😀

Noworoczne rano

Nowy Rok poranku, 1 stycznia 2018 roku powitaliśmy na cudnej La Palmie. Cieplutko, ponad 20 stopni – a przecież jeszcze 29 grudnia startowałem do Norwegii z pokrytych śniegiem Katowic! Wiecie jaka śnieżyca trwała w momencie odlatywania? Ile czasu spędziliśmy czekając aż zrobią nam odlodzenie? Aż zaczynałem się bać, że nas zawrócą na płytę postojową na dotankowanie paliwa… A tam, na Wyspach – cieplutko, słoneczko świeci i temperatura oceanu jest taka, że śmiało można wskakiwać bez obawy o hipotermię… 😉

Jak się okazało – nawet 1 stycznia bez najmniejszych kłopotów wypożyczyliśmy samochód (Renault Traffic) i udaliśmy się na zwiedzanie wyspy wg tego co nam podpowiedział w biurze pracownik firmy… Niestety nie było to najlepszy wybór, trafialiśmy w  jakieś dziwne, odludne miejsca, gdzie nie było kompletnie nic ciekawego – a to co było naprawdę interesujące i warte zwiedzenia zostawało gdzieś z boku. Dobrze chociaż, że Maciek porobił znakomite zdjęcia (ja miałem zajęte ręce przez kierownicę) – ale ominęliśmy te miejsca, będące wizytówką La Palmy. A szkoda. Może następnym razem.

Santa Cruz opuściliśmy jeszcze tego samego dnia tuż przed 1 w nocy. Było ciepło, ale mocno wietrznie – wiatr wiał z północnego wschodu, prognozy mówiły o 5-6^B i faktycznie też tyle było. Udało mi się wytrzymać swoje na wachcie, ale potem organizm zarządził odpoczynek i poszedłem spać. Tzn tak mi się wydawało, że to będzie spanie. Ale w tych warunkach samo dotarcie do kajuty stanowiło pewien problem. Ulokowanie się na koi wymagało zręczności akrobaty, a sam wypoczynek wymagał praktycznie trzymania się krawędzi koi, aby z niej nie wypaść. I w dodatku ten dźwięk, jakby odbijacz? Dwa razy jeszcze wychodziłem do kabiny i do kokpitu nim zidentyfikowałem, że… to butelka w jaskółce łomocze o jej ścianki (jakiś Sprite czy inna Cola). Ale potem nastała już cisza i udało się tą noc jakoś przespać. Ale to nie był koniec przygód z pierwszymi porywami wiatru tak mocnymi – jeszcze tej samej nocy przekonałem się ile rak i nóg trzeba mieć aby skorzystać z toalety na jachcie w takich warunkach. Ba, żeby dojść do toalety trzeba wykazywać się umiejętnościami akrobaty. A i w końcu w ciasnej kabineczce okazało się, że dwie nogi i tyle samo nóg to co najmniej o połowę za mało. Kompletny brak uchwytów – i w mesie i w toalecie. No chyba, że ktoś ma dłuuugie ręce i nogi.

Rano na El Hierro

Rankiem – byliśmy już na El Hierro, w małym aczkolwiek malowniczym zakątku, nazywanym La Restinga. Na samym południowym krańcu wyspy, jest sobie mały port u podnóża małego miasteczka, który tylko jedną ciasna drogą ma jako-takie połączenie z resztą wyspy. Jak to bywa po takiej podróży, pierwsze kroki skierowaliśmy do portu, gdzie nad mariną zjedliśmy całkiem udany obiad, spotykając także m.in. lokalnego artyste i performera Alejandro 🙂

O poranku następnego dnia wybraliśmy się autobusem i taksówką do La Macety. Polecam! Świetne miejsce z naturalnymi basenami tuż u podnóża klifów. Basenami wypełnionymi i zalewanymi przez oceaniczne fale, z takimi widokami, że… To trzeba zobaczyć. Zdjęcia nie oddają uroku. To są prześwietne miejsca przygotowane przez tubylców właśnie do miłego spędzenia czasu nad brzegiem oceanu, ze specjalnymi domkami i stołami w nich oraz miejscami do grillowania 😀 Raj! I tamteż zjedliśmy przygotowany przez naszego organizatora Arka i drugą załogę żarełko przygotowane na jednym z grilli 🙂 Wszelkie możliwe pyszności – tam były, które smakowaliśmy przez kilka godzin na przemian z pluskaniem się w oceanie 😀

Tradycyjnie z portu wyszliśmy przed północą, pozostawiając niestety na pomoście jedną z cum, która miała węzeł na końcu i która się gdzieś tam zaczepiła o knagę na lądzie. Wracać się nie było już jak – za duży odpychający wiatr. I tak było ciężko manewrować między dwoma zapchanymi pomostami. Nauczka na przyszłość: dokładniej planować odejście i sprawdzać cumy, aby ich końce na pewno były „na biegowo” bez niespodzianek.

Ocean początkowo przywitał nas spokojną tonią, niewielkimi falkami, ale ledwo wyszliśmy „za krawędź” wyspy i zaczęła się jazda po tym co widziałem wcześniej na Windy: 2-2.5 metrowe fale, pełne 7^B. Dla mnie? Hardcore! (wiadomo jak to jest przy tym pierwszym razie). Ale tak jak powinna – nasza Bavaria 49 radziła sobie z tym stanem oceanu bardzo przyzwoicie. Bez żadnych zająknięć znosiła spokojnie wdrapywanie się na kolejne fale i spadanie z nich w doliny przed kolejnymi. Tylko z rzadka nasza Merengue waliła swym kadłubem nieco mocniej o te większe nadpływające kolejne wodne wały, sypiąc na nas bryzgi wody, przelatujące przez całą, 15 metrową długość kadłuba. Po godzinie sterowania byłem kompletnie mokry od przodu i gdyby nie ta wilgoć, gdyby nie zimno – mógłbym tam stać dalej i „walczyć” z falami prowadząc jacht ile się da. To było wspaniałe przeżycie, patrzeć, podziwiać i sterować takim jachtem przy takich warunkach. Są sternicy, którzy przy takiej pogodzie siedzieliby pewnie w barze przy kuflu piwa i czekali na lepszą pogodę, ale ja się cieszę, że mogłem coś takiego przeżyć. 🙂

Zwłaszcza kiedy nad ranem wyszedłem na moment do kokpitu. Słońce już się podniosło i zaczynało grzać, ocean już się uspokoił, a obok po prawej burcie skakały małe, szare delfinki. I te widoki na ocean, na rosnącą w oczach La Gomerę… Takie widoki o poranku są zachwycające, to trzeba i warto samemu zobaczyć 😀

Przed południem w Valle Gran Rey

Na La Gomerze stanęliśmy po zachodniej stronie wyspy w Valle Gran Rey. Wspaniała mieścinka, co prawda mariny jako takiej nie było, ale za to opodal była zupełnie przyzwoita plaża (Playa De Vueltas). Z której oczywiście skorzystaliśmy :). I praktycznie opodal plaży – całe mnóstwo barów i restauracji, gdzie można było zjeść coś naprawdę dobrego. Niestety do sklepu było nieco dalej – około 600 metrów, ale był to już duży sklep sieci Spar, który śmiało mogę polecić na zrobienie zapasów na rejs. A i te widoki. Po prostu – sam port znajduje się u podnóża tak wielkiego klifu, że nawet obiektyw na mojej lustrzance (odpowiednik 18mm) nie dał rady objąć. Wielka masywna skała częściowo otaczająca port, za którą jest druga plaża, Playa de Argaga – niestety, kamienista. Krajobrazy – cudowne!

Z Valle Gran Rey wyszliśmy ok 6 rano, wzdłuż zachodniego brzegu La Gomery wyspy, aby ją opłynąć od północnej strony i dojść do południowego brzegu Teneryfy.

Nad ranem mijaliśmy już Los Organos, bardzo urocze miejsce (vide zdjęcia). Pogoda dopisywała, była niemalże plażowa, stąd i na jachcie zrobiło się plażowo, więc parę godzin później, wczesnym popołudniem pojawili się chętni do kąpieli w oceanie. 🙂 Woda początkowo wydaje się pieruńsko zimna, ale jak się już wejdzie do niej to spokojnie się tak tego chłodu nie odczuwa. Aczkolwiek mnie się w pewnej chwili zrobiło nieco cieplej, kiedy uzmysłowiłem sobie, że sprzęt video jaki miałem na sobie, właśnie moment przedtem wcześniej podczas holowania się za jachtem – poszedł był na dno… Śmiało Neptunie! Korzystaj i oglądaj sobie! 😉 Filmik niżej jest od naszego kolego Maćka 🙂

Pod wieczór weszliśmy na krótko do Marina Amarilla aby w pobliskim sklepie zrobić najbardziej potrzebne zakupy na noc, czyli jakiś tam alkohol 😉 i co nieco do jedzenia. Pierwszy raz widziałem jak się staje do innych jachtów i jakie zasady panują przy przechodzeniu przez nie na brzeg i z powrotem. Kolejne doświadczenie.

Chwała i wielkie dzięki Norwegom, że z nami się przeszli, bo zakupów było naprawdę dużo, mimo iż była to ostatnia noc na jachcie.

Kilka chwil po dojściu do jachtu – odcumowaliśmy i wypłynęliśmy na ocean. Za oknem, to znaczy dookoła już wszędzie ciemno, tylko światła nawigacyjne i rozświetlone coraz bardziej w oddali miasteczka nadmorskie. I tu przydał się Marine Traffic aby stwierdzić co to za światła, jakim kursem będą się poruszać (ot taki cargo se płynął i przecinał nasz kursik). Przydałby się prawdziwy AIS, ale jak się nie ma co się lubi… To trzeba sobie radzić dokładną obserwacją i przewidywaniem. No i elektronika GSM/3G blisko brzegu też sobie jako tako radzi 😀

Rano na finiszu

O poranku… Po raz chyba trzeci budziłem się przy jakichś dziwnych manewrach a potem okazywało się, ze jesteśmy już przy pomoście. Tym razem było to już niestety Radazul i praktycznie wejście do mariny. Czyli tak, koniec miłego 🙁 Pakowanie się, wyprowadzanie z kajut, zbieranie kabelków, ładowarek ze stanowiska ładowania zwanego czasami popularniej – nawigacyjnego 😉 Wynoszenie rzeczy na beton mariny i już jesteśmy na ulicy…

I to koniec rejsu. Niestety. Chciałoby się więcej, ale praca, brak urlopu i takie tam…

Epilog.

Pragnę podziękować Darkowi za jego wkład. Zamiast zwiedzać jakieś nowe miejsca na Teneryfie, wybrałem się inną taksówką i wylądowałem w dawno nie widzianym od miesiąca Las Galletas 😉 Pozwiedzałem, obszedłem dawno nie widziane miejsca, pojadłem tu i tam, porobiłem nowe, momentami lepsze zdjęcia niż poprzednio i wyspałem się na stałym lądzie w jednym z hosteli na przedmieściach miasteczka. A po południu wybrałem się w drogę powrotną na lotnisko południowe skąd miałem lot do Krakowa. W Krakowie wylądowałem przed północą, a kilka chwil po siedziałem już w samosmrodzie i rozpoczynałem bieg do swojego domu, aby przespać się te kilka godzin przed pracą. Zimno, wietrznie, śnieg… A w głowie jeszcze te widoki z Teneryfy…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wprowadź swój komentarz
Twoje imię

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.